niedziela, 10 lipca 2016

Niełaskawy początek lipca...

A to taki przyjemny miesiąc bynajmniej w moim odczuciu, bo właśnie w jego połowie dane mi było pojawić się na świecie jakieś tam kilkadziesiąt lat temu.

1 lipca mój Mąż obudził się ze strasznym bólem w klatce piersiowej promieniującym do ramiona i pleców.
Już wcześniej czuł coś takiego w Polsce w której lekarka stwierdziła bóle mięsniowo-szkieletowe,ale tym razem ból był silniejszy i wręcz paraliżujący.
Ruszył więc do szpitala,w którym wykonano podstawowe badania ( podłączyli go do EKG, sprawdzili ciśnienie,które momentami skakało aż do 180/98 oraz wysłali go na prześwietlenie klatki piersiowej).
Na Izbie Przyjęć spędził ok 4 godzin po czym twierdzac,że z krwi nic mu nie wyszło i wyniki ma niezłe wysłali go do domu z jakimś silniejszym paracetamolem.
Bóle jednak nie przechodziły,a żeby było jeszcze 'zabawniej' to się nasilały.
Męża zaczęło strasznie też kłuć serce,a że obydwoje pracujemy w branży medycznej ( on w fabryce, ja w szpitalu) to wiedzieliśmy,że nie można takiego problemu zbagatelizować.
Przeleżał jednak w bólu cały weekend i w poniedziałek ponownie udał się do naszej lekarki,która po wypisaniu skierowania wysłała go znowu do szpitala na Izbę.
Ponownie więc wykonano mu EKG, zrobiono prześwielenie klatki piersiowej ( raporty są dostępne w systemie szpitalnym,które mogę dyskretnie przeglądać) które nic nie wykazało, pobrano krew na zatory serca na prośbę Męża,które wyszły negatywnie.
Lekarz niestety nie mógł odnaleźć głównej przyczyny bólu. Stwierdził tylko,że prawdopodobnie to bóle mięśniowe i odesłał go z powrotem do domu.
Im dłużej tu mieszkam, tym coraz częściej dochodzę do wniosku,że strach się rozchorować,bo wydaje mi się,że traktują nas strasznie odgórnie, a zajmują się poważnie pacjentem tylko wtedy,kiedy jest tylko zagrożenie życia.
Silne bóle minęły dopiero dwa dni temu,a Mąż praktycznie 24 /h był na lekach przeciwbólowych.
Koszmar!


Ale żeby było bardziej interesująco w czwartek miałam jakieś takie głupie przeczucie.
Wychodząc z domu do pracy na wieczór kazałam chłopcom ostrożnie jeść lizaki ( czasami się wygłupiają biegając z nimi itp). Jestem przewrażliwiona z uwagi na swoją bujną wyobraźnię. Poza tym jestem trochę nadwrażliwa i obawiam się praktycznie o wszystko,ale to tylko dlatego,że wiem ,że wystarczy sekundka nieuwagi i może coś się stać.
W pracy poprzesuwaliśmy kilku pacjentów na wcześniejszą godzinę,więc miałam kończyć kilka minut po 20,a nie o 21.
Napisałam więc do M.,że wyjeżdżam za 10 minut.
Byłam wykończona tymi jego bólami. Poza tym musiałam całymi dniami sama opiekować się chłopcami i jeszcze chodzić do pracy.
Nie było ranka bym mogła chociaż na chwilę zamknąć oczy na dłużej i musiałam dzielnie wstawać razem z Robaczkami.
Właśnie wyłączałam komputer kiedy otrzymałam smsa,że zamiast do domu.... mam jechac prosto na Izbę Przyjęć,bo Misiu ma rozciętą głowę.
Chyba nie muszę pisać jak się poczułam....?? Najpierw ogarnęła mnie wściekłość. Na to,że dwa lata temu w Portugalii Starszak rozciął sobie głowę na balkonie przy Tacie! Automatycznie więc zaczęłam obwiniać Mężą . Za chwilę nastała panika. Z nerwów położylam gdzieś telefon, nie moglam go znalezć . W głowie oczywiście zaczęły kłębić mi się złe myśli...a co jeśli miał wstrząs mózgu albo co jeśli straci przytomność,chociaż Mąż zapewniał,że Misiu jest w dobrej formie.

Dystans który dzieli mój szpital od uniwersyteckiego to około 15 minut. Ja dojechałam w 7!

Weszłam pędem jeszcze w swoim mundurku na Izbę Przyjęć i widząc mojego małego synka z główką owinętą bandażem zdążyłam nabrać już łez do oczu.

Czekali już koło 45 min żeby wejść do pielęgniarki przeprowadzającej wywiad nie mówiąc nic o tym kiedy będą w stanie zobaczyć lekarza.
Zegar wskazywał prawie 20.30,a to czas,kiedy kładziemy chłopców do łóżka . Starszy więc już troszkę narzekał,a Młody też już lekko się pokładał.
Po 21 wreszcie wywołano Młodszego imię.
Po 5 minutach Mąż zadzwonił do mnie,że wszystkie 3 dzieciece łóżka są zajęte i poza nimi jest jeszcze pięcioro innych czekających.
Ja wykończona całym tygodniem postanowiłam zabrać Starszaka do domu,który w samochodzie trzymał się dzielnie,ale w domu bardzo się rozkleił.
Jeszcze nigdy nie widziałam go takiego.
Chłopcy są nierozłączni. Nie ma nocy żeby nie zasypiali razem, nie ma dnia, w którym byli by osobno. Są zawsze razem.
Starszak bardzo się rozpłakał.Wołal jego imię, kazał mu przyjeżdżać , przytulał jego pidżamkę, mówił,że bardzo go kocha,że mam go obudzić jak tylko Młody przyjedzie,bo On chce go pocałować.
Mi też chciało się płakać też,chociaż wiedziałam,że przecież wrócą na noc.
Mąż z godziny na godzinę coraz bardziej się irytował mówiąc,że lekarza w ogóle nie widac,że koło nich jest wymiotująca dziewczynka, a niedaleko obok słaniający się na rękach chłopiec. Każdy z nich czekał tam już od dobrych 2-3 h.
Ja oczywiście nie mogłam zasnąć,a następnego dnia szłam na 8 rano do pracy.
Misiu miał rozcięcie na 3 cm..w poprzek tyłu głowy.
Rozciął ją spadając na kaloryfer.
Po 24 Mąż napisał do mnie,że jeszcze sekunda i on stamtąd wychodzi,bo Młody pomimo wykończenia nie mógł zmrużyć oka,a lekarz nadal ich nie zobaczył.
Uspokajałam go pisząc,że Młody musi mieć obejrzaną tą głowę i,że muszą jeszcze chwilę poczekać.
15 minut później napisał,że w końcu lekarz przyszedł ( dwoje na całą Izbę Przyjęć !!!!) i ,że nie może tego zszyć,bo Misiu jest za mały ( 4 lata we wrześniu - Starszy w Portugalii miał zszywaną główkę na żywca mając niecałe 3 lata) i trzeba było by go całkowicie uśpić !!! Dlatego też zaklei mu tą ranę. Misiu był bardzo dzielny, bardzo. Nawet nie zapisnął jak lekarz musiał mu tę ranę przemyć .
Na pytanie ile ma lat spojrzał na niego spode łba. Doktor pyta : 10? 8? ,Misiu podobno zrobił minę i odezwał się mówiąc : 'Niee, 4'.
Wrócili przed 1,a ściągając mu bluzeczkę niechcący zatarła mu się ranka i zaczęła kropić krew.
Modliłam się żeby nie zaczęła cieknąć,bo musieli by wracać,ale po dwóch kroplach przestało. Zasnął mi na rękach, prawie na stojąco.
Główka powoli się goi. Widać,że z klejem powstaje strupek,który zapewne po tygodniu lub dwóch będzie odpadał... Najważniejsze,że Młody jest sobą i nic poważniejszego się nie wydarzyło,ale emocjom już podziękuję....
Są więc bracia naznaczeni - obydwoje ze bliznami z tyłu głowy.
Podobnie z resztą jak ich Mama. W wieku 3 lat przewróciłam się na torach kolejowych? rozcinając sobie łuk brwiowy. Bliznę będę miała do końca życia.

Może połowa lipca okaże się bardziej przychylna. Musi !


Moi :*:*

Pozdrawiam Was ciepło,

Minia



7 komentarzy:

  1. To się porobiło.
    Nie ma co obwiniać męża, bo przecież wiesz, że wystarczy tylko sekunda.
    A u Twojego męża może to nie serce, a kręgosłup, albo woreczek, wątroba... ? Moje bóle przy ataku kamieni żółciowych są okropne. Jakbym miała zawał dostać. Może warto wybrać się na usg i sprawdzić?

    Jak byłam mała, rozcięłam sobie czoło o kaloryfer. Bawiłam się z kuzynami. W pewnym momencie skoczyłam tak niefortunnie, że uderzyłam się głową w kaloryfer. Nic mi nie było, do momentu jak zobaczyłam, że kuzynostwo płacze i ucieka przede mną, a ja poczułam ciepło na twarzy. Gdy dotknęłam twarz, była cała ręka we krwi. Moja mama mało na zawał nie zeszła. Bliznę mam do dzisiaj.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj Miniu, bardzo współczuję. I tych niezdiagnozowanych bóli u męża, i historii z Misiem. Wiem, że to są emocje, też zawsze najpierw brał mnie "nerw" na męża. Potem przychodziło opamiętanie...
    Zdrówka Kochani!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jejku jejku przykro mi strasznie kochana moja oby kolejna część lipca była dla Was bardziej łaskawa. Ściskam Was mocno i ślę moc pozytywnej energii do Was.

    OdpowiedzUsuń
  4. Co za przeżycia! Zdrówka dla Was!!!! No i trzymam kciuki, aby już takich złych przeżyć u Was nie było!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. O kurcze, ale pech...Jak widać, nieszczęścia chodzą parami - najpierw mąż, potem synek :/ Mam nadzieję, że druga połowa lipca już faktycznie żadnych nieprzyjemnych niespodzianek Wam nie przyniesie! A z tymi izbami przyjęć to chyba niewiele się tam różni od naszych rodzimych, polskich szpitali...Ja kiedyś czekałam na lekarza (z atakiem kolki nerkowej) tak długo, że aż z bólu zemdlałam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Co za historia z tą główką... :( Miniu należą Ci się długie wakacje! I nowa praca...czego Ci życzę i trzymam mocno kciuki!!!

    OdpowiedzUsuń
  7. O rety, współczuje. Pamiętam jak Stefano rozciął głowę w przedszkolu, to 1km pod górkę przebiegłam w niecałe 5 minut. Na szczęście nie musieliśmy długo czekać w szpitalu, z resztą czy dzieci nie maja pierwszeństwa? Najważniejsze, że już po wszystkim i rana ładnie się goi. Uściski p.s. Stefano też nie miał szytej rany, a wpuszczony klej i plasterki ściągające.

    OdpowiedzUsuń

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | Top WordPress Themes