środa, 8 kwietnia 2015

Gdzie byliśmy i co robiliśmy ..część 1

Minęło troszkę czasu od napisania ostatniego posta.

W sumie nie do końca wiem od czego zacząć,bo bardzo dużo rzeczy się wydarzyło.

Zacznę od wylotu do Polski :

Z powodu rannego lotu (6.15 rano) musieliśmy opuścić nasze miasto po 24. Chłopcy bez problemu zdrzemnęli się w samochodzie, w samolocie natomiast Młody zasnął zanim jeszcze wystartowaliśmy,a Starszaka znurzyło chwilę po wybiciu się z chmur.
Kapitan bardzo długo Nam się przedstawiał jakby chciał nam przekazać,że jest poczytalny, I ,że zrobi wszystko w swojej mocy żebyśmy bezpiecznie dotarli do naszego docelowego miejsca.
Nie powiem,że nie miałam stracha,bo miałam.
Germanwings rozbił się trzy dni wcześniej,ale pocieszałam się ,że Ryanair lata na innych maszynach oraz,że od 30 lat od ich istnienia nigdy jeszcze nie wydarzył żaden wypadek,a ich samoloty wykonują 1500 połączeń dziennie. Byłam jednak tak zmęczona,że sama zamknęłam oczy na chwilę,bo taka podróż dla Nas to nie lada wyzwanie. Nie przeszkadzał mi nawet fakt,że Mąż siedział w 10 rzędzie,a my w 24 (kupowałam osobne bilety dla nich I dla mnie I automatycznie wyznaczane są miejsca).

Lot był spokojny, praktycznie bez turbulencji. Lądowanie precyzyjne, delikatne. Bomba!

Przy kontroli celnej na dzień dobry Pani upewniła się czy aby chłopcy na pewno są naszymi dziećmi. Czy fakt,że posiadają te same nazwisko czegoś nie oznacza?
Pytanie mnie na tyle rozbawiło,że odpowiedziałam,że oczywiście,że są. Dodatkowo jesteśmy także małżeństwem.
Nie do końca rozumiałam sens tego pytania. Może zastanawiała się,bo dzieci latają na irlandzkich paszportach,a my na polskich?
Poza tym doczepiła się do paszportu Młodego,że nie jest za bardzo podobny do zdjęcia.
No cóż. Pierwsze paszporty są wydawane na 3 lata I nie zmienię go ,dopóki nie upłynie data ważności.

Powitanie pierwsza klasa nie ma co.

Następnie wynajęliśmy samochód, zjedliśmy szybką kanapkę w kawiarence na lotnisku I udaliśmy się do Bydgoszczy.
Lało jak z cebra. Śmialiśmy się,że pogoda wyleciała z Irlandii razem z Nami.

Początkowo odwiedziliśmy moją Babcię,która przygotowała Nam obiad.
Później pojawiła się kuzynka z UK wraz z jej uroczą prawie 2 - letnią córeczką.
Bardzo się ucieszyłam,że wreszcie mogłam ją zobaczyć !!!!!!! Takie spotkanie po latach...

A potem odwiedzin nie było końca. Byliśmy u mojej mamy dwie noce, jedną noc spędziliśmy u siostry.
Nie ominęły Nas też Chrzciny.
Kuzynka Synusia ma uroczego. Praktycznie nie płacze, uśmiechnięty, pogodny. W życiu nie powiedziałabym,że ma tylko 3,5 miesiąca.
Obiad był w restauracji na godzinę 14,a Chrzest odbył się po sobotniej ,wieczornej mszy po 18.
Chłopcy z Mężem byli tylko w knajpie,a do kościoła poszłam sama.
Wiedziałam doskonale,że chłopcy nie dali by mi żyć,a że pełniłam ważną rolę wolałam by w tym momencie ich przy mnie nie było.

Pogoda nie napawała optymizmem. Każdego dnia było pochmurnie,a I momentami bardzo mokro.

Dwa dni przed wylotem udaliśmy się do Męża rodzinnego miasta.
Tam też pierwszego wieczoru przyszła jego cała rodzina,a mała nie jest.
Mnie męczyły duszności,bo raz ok 14 osób na 60m2,a dwa,bo było tak gorąco!
Każde mieszkanie w Polsce jest masakrycznie ciepłe!
Może już przyzwyczaiłam się do 'morskiego' klimatu I temperature w domu powyżej 20'C przyprawia mnie o wymioty.

Drugiego dnia miałam chwilę dla siebie I Męża,bo Teściowa wraz z Szwagierką postanowiły zająć się chłopcami.
Wybraliśmy się więc do Centrum Handlowego w którym ponownie nie mogłam nadziwić się jak różne jest zachowanie ludzi w różnych miejscach na świecie.
Pierwszym sklepem do którego weszliśmy był SMYK.
Ceny ubrań - z kosmosu,pomimo jakiegoś tam 10 % upustu.
Ewidentnie ubranka w Irlandii są o niebo tańsze.

Kupiłam chłopcom jednak dwa kubeczki z Peppą I stojąc w kolejce przyglądałam się kobiecie obok,która kupiła 'cleaning set' za 50,39 zł (pamiętam jak dziś).
Kasjerka była uprzejma, podała cenę I czekała na pieniądze.
Kobieta jednak długo szukała czegoś w portefu,więc ekspedientka powtórzyła cenę.
Ta ją pojechała od dołu do góry jak śmie powtarzać jej cenę,że ona wie tylko szuka drobnych.
Potem sprzedawczyni podała jej ten zestaw do sprzątania w siatce,w której tak akurat się zmieścił,więc ta znowu niezadowolona czy nie ma większych reklamówek,bo jak ona ma iść z tą co jej dała.
Wiecie co? Ręce opadają.
Współczułam tej Pani,która pracowała w tym sklepie. Czasami sobie współczuje także,że muszę na klatę przyjmować humory osób,którym nic się nie widzi.

W "Bytomiu" były dwie ekspedientki I kierowniczka,którą niejednokrotnie złapałam na przyglądaniu się mojej osobie. Stała na kasie I stała tam nie robiąc totalnie nic.
Fakt - płaszcz był już dwuletni, trochę zmechacony. Legginsy z lekka sprane,ale szpilek takich jakie miałam nie miał nikt. Nie szata zdobi człowieka o czym ta Pani przekonała się później,gdy dokonaliśmy zakupów na niemałą sumę.
Troszkę peszyła mnie świadomość,że sklep jest tak mały,a są aż 3 osoby do obsługi do czego?
Ruchu praktycznie nie było,bo rzeczy,które ma ten sklep do najtańszych nie należą.

Zauważyłam jednak znaczną różnicę w traktowaniu klienta. Mile wspominam zakupy w Gino Rossi oraz Mydlarni. Panie farmaceutki także służyły pomocą I uśmiechem.

Pani z kasy w Carrefourze zostanie na długo w mojej pamięci. Koło 50tki. Weszliśmy tylko po alcohol,bo obiecaliśmy znajomym irlandczykom.
Do Kas trzeba wchodzić z jednej strony,a na monitorze wyświetla się która kasa jest wolna. Mąż jednak przeszedł na skróty I stanął koło kasy 17 krzycząc,że ta wolna.
Ja już wcześniej zauważyłam,ze 17 się wyświetliła więc powoli się do niej kierowałam.
Pani uśmiała się z zachowania męża I rzekła,że za przeskakiwanie barierek należy się kara I,że ma posprzątać sklep. Jakiś Pan też się pomylił I stanął za nami,a miał iść do 18,więc też zarzuciła jakimś śmiesznym komentarzem.
Aż się miło robiło zakupy. I pomyśleć,że biedna siedzi pewnie za marne 7zł/h.

We wtorek I w środę szałały wichury. W nasz dzień wylotu spadł też lekko śnieg.
Samolot jednak bezpiecznie wylądował I spokojnie wystartował mając Nas na pokładzie.

Troszkę kołowaliśmy wkoło dublińskiego lotniska,bo był spory ruch. Wylądowaliśmy spóźnieni,ale bezpiecznie.

Kontrola paszportowa była uprzejma. Pan się uśmiechał, zaczepiał chłopców po czym powiedział :

'Welcome Back'...

Tak,my też cieszyliśmy się,że już jesteśmy..... w domu...


Jak znajdę chwilę to opiszę nasz świąteczny wypad do Dublina oraz jak to się stało,że znalazłam się w szpitalu...


Pozdrawiam,
Minia





10 komentarzy:

  1. Taaa... Dobrze wykonywać swoją pracę można wszędzie. Nawet w Carrefourze. Swoją drogą mnie tez zdarza się tam trafiać na wyjątkowo sympatyczne panie, co szczególnie docenia Wojtek. Mieliście bardzo "pracowite" świeta!:) Tylko co Ty z tym szpitalem... No nie strasz Kobieto!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakie miałaś buty??? Pochwal się!!!! :)) nie trzymaj długo w niepewności,.szybko pisz coś nabroiła ze w szpitalu wylądowałaś ;))
    www.swiat-wg-anuli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak to w szpitalu?!

    Ludzie w PL są kiepsko nastawieni do drugiego człowieka. Prędzej warknie taki na Ciebie, niż się uśmiechnie. Na szczęście nie wszyscy ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak to w szpitalu?!

    Ludzie w PL są kiepsko nastawieni do drugiego człowieka. Prędzej warknie taki na Ciebie, niż się uśmiechnie. Na szczęście nie wszyscy ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ehh... co do obsługi w sklepach, to ja też na miłe i niemiłe panie trafiam, choć tych miłych raczej więcej spotykam :) Czekam an dalszą relację, bo aż niepokoję się co chcesz pisać o szpitalu!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Rzeczywiście długo Was tu nie było.

    Szpital? Jaki szpital, ja się pytam? Ty nas tu nie strasz!

    OdpowiedzUsuń
  7. O rany końcówka mi się nie podoba.. mam nadzieję, ze wszystko ok!

    OdpowiedzUsuń
  8. Matko, jaki szpital?! Mam nadzieje, ze juz wszystko dobrze?

    Intensywne mieliscie dni! Powiem Ci, ze ja sie strasznie "zamerykanizowalam" i ubieram sie przede wszystkim wygodnie i schludnie. Praktycznie zrezygnowalam tez z makijazu. Tutaj nikt nie zwraca na to uwagi. Nawet z kosciele, na angielskiej mszy, zdarzaja sie np. faceci z dziurami w t-shircie, albo zachlapanymi farba spodniach, jakby dopiero co wybiegli z placu budowy. Przyzwyczailam sie i cenie sobie ta wygode. Kiedy jednak jade do Polski, czuje sie jak szara myszka, a matka ciagle mi docina, ze wstydzi sie ze mna pokazac... ;)
    Kontrole paszportowa mieliscie "milutka"! Tutaj paszporty dla dzieci wydaje sie na 5 lat. Na zdjeciu paszportowym, Bi ma 13 miesiecy i jest w dodatku zaryczana. Juz boje sie co nam powiedza jak przyjdzie nam z nia gdzies leciec zanim skonczy 6 lat, bo nikt by jej na tej fotce nie rozpoznal! :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Najważniejsze, że spędziliście świetnie czas, a o ekspedientkach trzeba zapomniec ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. No to wygląda na to, że wyjazd był udany.... Powiedz tylko co z tym szpitalem? Co się stało?

    OdpowiedzUsuń

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | Top WordPress Themes