piątek, 20 czerwca 2014

UWAGA!!!! wypadek...

Wakacje, cudowna pogoda, piekne plaze, pyszne jedzenie...
Portugalia Nas rozpieszcza. Nie zalujemy sobie na nic, przez co portfele szybko zostaja oproznione z banknotow. Chcemy dac chlopcom (I sobie) wszystko to, czego nie mozemy w Irlandii. Sa wiec deserki na miescie, sa restauracje, sa pyszne owoce, WaterParki czy Zoo. Jednym slowem - rozpieszczamy sie....

Starszak uchodzi za bardzo zywe dziecko. Wraz ze swoim bratem sieja poploch przy innych dzieciach, wszedzie ich pelno, wszyscy nas znaja. Chlopcy dogaduja sie swietnie I po raz kolejny uwazam, ze szybkie rodzenstwo dla Starszego bylo strzalem w dziesiatke.
Chwilami wracam do mojego porodu. Tak trudnego , dlugiego I ciezkiego. Pamietam , ze Starszak przez poltorej godziny nie mogl byc przeze mnie urodzony, a pomimo tego tetno mu nie spadalo. Silny facet byl z niego...
Jak sie uderzy to poplacze przez pol minuty lub w ogole.
Az musialam kiedys napisac do mojej Mamy smsa czy Syn po mnie taki dzielny , czy po Ojcu. Moja rodzicielka jednoglosnie stwierdzila, ze ja jestem odporna na bol, a I Maz przyznal jej racje...
Szczerze to moglabym polemizowac, bo uwazam sie za wyjatkowo miekka, ale moze to tylko moja opinia.


Tego dnia robilismy duzo z reszta jak kazdego. Z rana poszlismy na basen, by pozniej zawiezc rzeczy do pralni I jechac na miasto cos przekasic. Kolo 15 wybralismy sie do Aquaparku I siedzielismy tam dobre dwie godziny. Chlopcy byly wniebowzieci.

Pozniej poszlismy jeszcze na plac zabaw ,by zmeczeni wrocic do domu.
Bylam akurat w kuchni I kroilam banana ze swiezymi truskawkami.
Maz wraz z chlopcami siedzieli na balkonie.
Do moich uszu dochodzi glos Meza mowiacy ostro, ze maja przestac sie wyglupiac , bo stanie sie ktoremus krzywda.
Przyrzekam nie minela minuta, a slysze poddenerwowany glos Meza I krzyk Starszaka "Minia, chodz tu szybko".
Juz wiem, ze cos sie stalo. Autmatycznie rece zaczynaja mi sie trzasc I boje sie tego, co zobacze.
Starszak we krwi. Krew tryska mu z glowy.
"Rozcial glowe" - mowi Maz -" Musimy jechac do szpitala".
Spojrzalam na jego glowke. Zachcialo mi sie plakac. Krew nadal sie saczy, nie mozemy jej zatamowac.
Dzwonie na recepcje zeby dali mi namiary na najblizszy szpital.
Juz jestem bardzo poddenerwowana, bo mielismy isc sie kapac I zjesc kolacje,a tu juz 20 dochodzi , a my do szpitala...Szpitala...
Starszak nie byl tam od kiedy sie urodzil... nie to, co Mlody...

Krew juz tak nie leci. Zaczynam szukac naszych Europejskich Kart ktore pozwalaja Nam na bycie leczonym w calej Europie w panstwowych szpitalach za darmo...

Ale zarabista Minia kart NIE WZIELA!!!!!!!!!

Wyjezdzajac na wakacje zamienilam portfel na mniejszy I ich nie wzielam. Wtedy nerwy wzielu gore I zaczelam plakac.
Mamy tez prywatne ubezpieczenie. Pokaze im nasza karte I bedzie dobrze...

Tylko, ze jej tez zapomnialam.... zalamalam sie. Swietna ze mnie Matka nie ma co.
Ale mam Meza - madrego, rozumnego Tate naszych dzieci.
Maz ma karte I jedna I druga, a do prywatnego ubezpieczenia jestesmy podpieci do niego.

Szpital do ktorego jedziemy jest prywatnym szpitalem. Mamy problemy z jego znalezieniem.
Bladzimy troszke, zaczyna robic sie ciemno. Gps tez wysyla Nam tam, gdzie nie trzeba.
Chlopcy padli w fotelikach.
W koncu udalo sie Nam zlokalizowac szpital.
Bardzo sie denerwuje. Maz mowi, ze On pojdzie z Nim, a ja mam siedziec z Maluszkiem w samochodzie.
Tak tez czynie I odtad kazda minuta trwa wiecznosc.
Gdy cierpi dziecko , Rodzice cierpia podwojnie.
Ja co nuz obwinialam to Meza, to siebie, ze mnie tam nie bylo- moze by sie nic nie stalo.
Potem tlumacze sobie, ze to sa sekundy, ze ciezko upilnowac dwoch Lobuzow.
Czekam, placze, czekam, mysle, wyobrazam sobie...
Kazdy placz ze szpitala wydaje mi sie znajomym.
Nie wiem co czuja rodzice chorych dzieci, bo moje serce rozpadalo sie na polowki, a to tylko rozciecie.

Po 25 min wychodza. Starszak zadowolony maszeruje ze szczykawka. Chyba nie do konca zdaje sobie sprawe z powagi sytuacji.

Maz nie moze sie nadziwic swietna obsluga I taka espresowa.
Powiedzial, ze Starszak ma rane na 2, 5 cm I zalozyli mu dwa szwy.
Nie zaplakal ani razu...nawet sie nie skrzywil...

Rozpiera Nas duma, ze nasz Starszy syn jest taki dzielny... moj Maly Chlopczyk.

Dodatkowo zaplacilismy tylko 150 euro, co w Irlandii kosztowalo by Nas 100 euro I co najmniej 7 h czekania.

Starszakowi szwy maja byc zdjete za 10 dni. Lekarz powiedzial, ze bez problemu moze sie kapac I wyglupiac, ale ma na siebie uwazac.
Oddetchnelam z ulga. I pierwszy raz wzielam Starszaka do siebie do lozka, ktory po calym dniu emocji zasnal w sekundke...

PRAWDZIWA MILOSC I STRACH POZNASZ DOPIERO GDY STANIESZ SIE RODZICEM...

Wakacje trwaja nadal...

27 komentarzy:

  1. Miniu! Czytałam z bijącym sercem! Dobrze, że wszystko jest już ok! I masz rację, to są sekundy, nie ma co siebie, lub męża obwiniać. Poza tym: do wesela się zagoi :)
    ps. mój mąż ma bliznę na czole po tym jak wjechał rowerem do Wisły i wiesz co? bardzo sexi ta blizna ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. OMG... Dobrze że tylko tak to się skończyło. Mnie myśl o szpitalu, a raczej o dziecku w szpitalu napawa takim lękiem, że sama zaczynam panikować jak zdezorientowane dziecko. Steff mi się rozbija co rusz i tylko modlę się żeby głowa była cała i mi nie zaczęła zaraz zwracać. Masakra z dzieciorami, masakra. A ludzie myślą że matko to mają takie lajtowe życie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytając to, sama byłam przerażona.
    Takie sytuacje się zdarzają. To są sekundy ...

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytajac notke myslalam, ze serce mi wyskoczy z piersi. Nie ma sie co obwiniac, bo tak jak napisalas sa kwestie sekund, czasami ulamek sekundy. Nam Steffi na wakacjach spadl z lezaka glowa w dol - wyglupial sie z mezem , mezowi reka sie ze slizgnela i bumm!! Na szczescie pojawil sie tylko guz bez ciecia. Dobrze, ze wypadek nie zakloci dalszej czesci Waszcyh wakacji i mozecie bez problemu korzystac z wszelkich atrakcji.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bidactwo, dobrze, że opieka szpitalna nie sprawiła mu większych zmartwień...

    OdpowiedzUsuń
  6. Ojej przykre zdarzenie. Ale na szczęście (miniowe ;)) wszystko dobrze się skończyło. Cieszcie się dalej wspólnymi chwilami :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ależ przygody... ale z dwójką łobuzów ciężko uniknąć takich wypadków. Najważniejsze, że szybko zareagowaliście i wszystko dobrze się skończyło. Panika to największy wróg właściwego działania - piszę to ja - ogromna panikara :)
    Ważne, ze macie z mężem wzajemne wsparcie w sobie!

    OdpowiedzUsuń
  8. Dobrze, że wszystko dobrze się skończyło i szybko pomogli w szpitalu. Oby już reszta urlopu minęła Wam bez tego typu przygód. A z ostatnim zdaniem się nie zgadzam, bo nie uważam by fakt, że nie jestem rodzicem czynił moją miłość i strach o bliskich mniej prawdziwymi. Inna to miłość niż rodzicielska, ale tak samo prawdziwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nigdy nie zdawalam sobie sprawy z tego jak mocno mozna kochac , dopoki nie zostalam rodzicem. Nikt tu nie porownuje ktora milosc jest bardziej prawdziwa czy silniejsza. Jednak milosc do dziecka jest bezwarunkowa I nieporownywalna z zadna inna...

      Usuń
    2. Mi się wydaje, że każda miłość jest bezwarunkowa. Bo jeśli coś jest warunkowe to w moim odczuciu to nie miłość. Dla mnie każda miłość jest inna i ta do rodziców, do rodzeństwa, partnera, przyjaciół, dzieci i każda jest wyjątkowa. Ale w notce u Ciebie ostatnie zdanie brzmi tak jakby tylko ta rodzicielska miłość była prawdziwa.Dlatego napisałam, że się z tym nie zgadzam.

      Usuń
    3. A ja to inaczej odbieram. Wydaje mi sie, ze jednak milosc do drugiej osoby do konca bezinteresowna nie jest, bo jednam cos od niej oczekujemy. Milosc rodzica do dziecka jest zupelnke inna I dlatego uwazam, ze prawda jest ostatnie zdanie na ktore oczywiscie nie musisz sie zgadzac I w pelni szanuje twoja opinie.

      Usuń
    4. W sumie jak sie tak glebiej zastanowie to kazda milosc zaleznie od ludzi,ktorych laczy jest inna. I nawet w odniesieniu do mam nie da sie powiedziec, ze kochaja tak samo. Znam niestety przyklad matki, ktora kocha interesownie, albo raczej w moim rozumieniu nie kocha. Ja sie czuje kochana bezinteresownie nie tylko przez rodzicow, ale rowniez rodzenstwo, meza,przyjaciol i kocham ich w swoim rozumieniu tak samo. Chcialabym, zeby wszystkie dzieci mialy rodzicow kochajacych ta wyjatkowa miloscia,o ktorej piszesz, bo nie wszystkie maja to szczescie.

      Usuń
  9. O jeny!!!!!!!!!11 To będą niezapomniane wakacje!
    Całe szczęście, że nic poważnego się nie stało. Biedny Starszaczek... I dzielny!

    OdpowiedzUsuń
  10. Uffff, odetchnelam z ulgą. Miniu to sa sekundy, nie zawsze możemy przed wszystkim uchronić nasze dzieci. Choć chciałabym, by tak było. Zawsze byłam ostrożna, ale teraz to jestem nadwrazliwa w porównaniu z czasem przed Zosia odnośnie niebezpieczeństw. Wiem, że kiedyś Zosia upadnie, nabije sobie guza, zadrapie...i najchętniej do takiej sytuacji bym nie dopuściła i na sama myśl robi mi się słabo. Oby reszta wakacji minęła Wam spokojnie. Ps. Mamy dzielne dzieciaki, Zosi też tetno nie spadło ani razu przy rodzeniu (1 h, 10 min). Może też bedzie twarda, jak Twój Starszak? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamietam jak pisalas o Zosience. Zobaczysz, bedzie twarda Babka :)

      Usuń
  11. Przeżyłaś sekundy grozy, ale fajnie, że się dobrze skończyło :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ojjjejku! współczucia Miniu, na szczęście strach ma wielkie oczy.
    Mam nadzieję, że rana się szybko zagoi, a mały nie będzie pamiętał :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Jezu, czytałam i ''aż serce miałam w gardle''. Trzymajcie się! Starszak - dzielny chłopiec, jak dobrze, że już po wszystkim.
    Wyobrażam sobie, jak się wystraszyliście.

    OdpowiedzUsuń
  14. Ale mnie wystraszyłaś tytułem maskara. Na szczęście to tylko dwa szwy. Starszak na pewno już wojuje na nowo :)
    Pozdrawiamy was cieplutko :*

    OdpowiedzUsuń
  15. Ps. Zapraszam do mnie na rozdawajkę!

    OdpowiedzUsuń
  16. Zobaczyłam na swoim blogu tytuł Twojego posta i aż struchlałam, bałam się przeczytać, ale wielkie ufff, że wszystko się dobrze skończyło, a dla Szymusia wielki buziak za odwagę od przyszłej żony i teściowej :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Dzielny chłopak! Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Dobrze, że to tyko dwa szwy, ale pewnie wyglądało okropnie. Pozdrawiamy i życzymy szybkiego zagojenia się rany.

    OdpowiedzUsuń
  19. Ciesze sie, ze wszystko dobrze sie skonczylo! My z mezem tez nieraz sobie nawzajem wypominamy, kiedy dzieci sobie cos zrobia: "a gdzie ty byles, jak go pilnowales", "a co ty robilas?". Ale to, tak jak piszesz, sa sekundy. Mi nieraz dzieciaki spadly z kanapy kiedy siedzialam obok nich i mialam ich na doslownie wyciagniecie reki...
    Najwazniejsze, ze maly byl taki dzielny, a w szpitalu mieli swietna obsluge.

    OdpowiedzUsuń
  20. Podziwiam was za to ze sobie poradziliscie w obcym kraju...ja jestem panikara:)
    Dobrze ze wszystko sie dobrze skonczyło.
    Ściskam was!

    OdpowiedzUsuń
  21. no to dobrze, że wiecie jak ważne jest ubezpieczenie :-) dla wielu to wciąż "niepotrzebny" wydatek. No, ale starszak faktycznie - twardziel! Gratuluję! A po wakacjach ( lub w czasie, jeśli wolisz) zapraszam do zabawy: http://szyciekoty.blogspot.com/2014/06/candy-marzenie-o-japonii.html

    OdpowiedzUsuń
  22. Oj tak to jest, jak ma się żywe sreberka w domu, że ich się nie upilnuje! Wiem coś o tym! Dobrze, że tylko tak się to skończyło! Udanych dalszych wakacji! :)

    OdpowiedzUsuń

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | Top WordPress Themes